Wyspy Kanaryjskie 1989

Nasz klub działał w Harcerskim Ośrodku Wodnym. Z racji działalności w sferze wodniackiej, mieliśmy ułatwiony dostęp do Centrum Wychowania Morskiego ZHP w Gdyni. Pomysł żeby zainteresować nurkowaniem komendanta CWM wyszedł jakoś sam z siebie. W efekcie, przynajmniej raz w roku organizowaliśmy rejsy nurkowe po Zatoce Gdańskiej. Najpierw na jachcie Zamonit, później na własnym już szkunerze sztakslowym – „Warszawskiej Nice”. Zatoka zrobiła się dla nas za mała, zaczęliśmy myśleć o czymś bardziej ambitnym. Wydawało się, że doświadczenie zebrane z rejsów zatokowych pozwalało planować wyprawy morskie. W roku 1988 pojawiła się okazja – jacht CWM „Zjawa IV” trafił do remontu a na zimie miał płynąć na Atlantyk. Nie miał jeszcze załóg na tę wyprawę. To była okazja żeby obsadzić jeden z rejsów. Padło na wyspy Kanaryjskie. Mieliśmy wypłynąć pierwszego stycznia z Lizbony na prawie miesięczny rejs. Po nas jacht miała jeszcze przejąć grupa nurków z Wrocławskiej Moany. Od lata zaczęliśmy przygotowania. Jednym z warunków udziału było odpracowanie przy remoncie jachtu kilkudziesięciu godzin. Sumiennie jeździliśmy do Władysławowa do pracy, na zmianę, przez cały sierpień. Dodatkowo musieliśmy jacht przystosować do mocowania sprężarki i ształowania butli nurkowych. Do grudnia mieliśmy załatwione wszystkie wizy, spakowany sprzęt i zapeklowane jedzenie. W drugi dzień Świąt wyruszyliśmy z Warszawy – pełna załoga, dwanaście osób. Jechaliśmy wynajętym busem, mercedesem. Wieźliśmy wszystko co miało nam zapewnić przeżycie miesiąca na jachcie plus sprężarkę, butle i sprzęt nurkowy. Tu wypada zauważyć, że czasy były troszkę inne. Jechaliśmy przez pięć państw, gdzie musieliśmy przejść odprawy paszportowe i celne, z czego przekraczanie granicy pomiędzy Niemcami wschodnimi i zachodnimi, to było jak przedzieranie się przez pole minowe pod obstrzałem. Nasz ładunek wzbudzał zainteresowanie celników, szczególnie tony jedzenia. Już na początku okazało się, że butle nurkowe nie mogą przekraczać granicy w Zgorzelcu tylko w Olszynie, bo nie… Musieliśmy więc nadłożyć drogi. Na zachodzie wszystko było dla nas za drogie, więc nawet chleb jedliśmy z Polski do czasu aż zrobił się całkiem zielony i z bochenka nie dało się wykroić centymetra sześciennego. Nie stać nas było na autostrady, więc jechaliśmy bocznymi drogami, pięć dni. Na godzinę przed nowym rokiem 1989 dotarliśmy do Lizbony i spędziliśmy upojnego sylwestra na parkingu pod Torre de Belem.  Zjawę przejęliśmy w Nowy Rok. Jacht wymagał napraw, więc musieliśmy spędzić w Lizbonie jeszcze kilka dni. Wreszcie, na początku stycznia ruszyliśmy.  To co na nas czekało po wypłynięciu z cieśniny Tagu szybko zrewidowało nasze wyobrażenia o żeglarstwie atlantyckim. Na Atlantyku było już po sztormie, ale fala posztormowa nie pozwalała dostrzec horyzontu. Chorowaliśmy wszyscy. Ci co chorowali mniej, próbowali utrzymać jacht na kursie. Ci co chorowali bardziej, byli po prostu nieprzytomni. Kulminacja nastąpiła pewnej nocy, gdy fala zalała jacht i dryfowaliśmy usiłując wypompować wodę z maszynowni. Ocean uspokoił się gdy dotarliśmy do Madery. Dalej, kierowaliśmy się na Teneryfę.  Znowu przywiało, ale lżej. Na Teneryfie zawinęliśmy do Los Cristianos i tam trafiliśmy na Czecha, który prowadził bazę nurkową. W bazie pracował nasz rodak z Polski.  Dzięki Tadka Dive Club, bo tak się nazywała baza, poznaliśmy wszystkie nurkowe miejsca w okolicy (łącznie z portem) i wymoczyliśmy się do bólu. Odwiedziliśmy jeszcze stolicę, Santa Cruz i rozpoczęliśmy drogę powrotną z Wysp Kanaryjskich przez archipelag Selvageny do Kadyksu. Oczywiście, zaraz po wyruszeniu zaczęło wiać i bujać i zniosło nas w stronę Maroka. Zatrzymaliśmy się więc w Casablance na parę dni. Niestety czas gonił, nie mogliśmy przeczekać sztormu, musieliśmy płynąć dalej. Ostatni etap do Kadyksu to była męka. Do wszystkich przyjemności związanych z bujaniem doszedł deszcz i mgła. Byliśmy zmęczeni do tego stopnia, że gdy nagle z mgły wynurzył się kadłub drobnicowca załoga zgłupiała a sternik wykonał manewr pod tytułem oberek. Drobnicowiec też chyba był w szoku, bo zaczął wykonywać jakieś niezrozumiałe manewry. Na szczęście nie doszło do kolizji. Do Kadyksu dotarliśmy w całości. Później popłynęliśmy Gwadalkiwiri do Sewilli, gdzie mieliśmy mieć wymianę załóg. Dodam tu jeszcze parę informacji na temat żeglowania w tamtych czasach. Po pierwsze, nie było nawigacji satelitarnej, pozycję wyznaczało się w południe za pomocą sekstansu. Na szczęście był radar i krótkofalówka. Natomiast, problem był z paliwem do silnika. To znaczy można było je kupić w każdym porcie, ale trzeba było mieć twardą walutę. My nie mieliśmy, więc codziennie poszukiwaliśmy radzieckich kutrów, gdzie można było bez problemu przehandlować ropę za wódkę, a tej mieliśmy pod dostatkiem. Nią opłacaliśmy wszystko co się dało, no prawie wszystko, bo prysznicy w marinie nie dało się opłacić w ten sposób, więc po prostu nie myliśmy się.  W Sewilli czekała nas przykra niespodzianka zgotowana przez Moanę. Nasi zmiennicy nie dotarli na czas, więcej, nie wiadomo było kiedy przyjadą, bo mieli kłopoty ze skompletowaniem załogi. Koczowaliśmy więc w Sewilli aż do połowy lutego. Wreszcie, pojawił się nasz długo wyczekiwany mercedes i mogliśmy wrócić do domu.  Radość trwała krótko, przed Malagą w naszym samochodzie zatarło się łożysko. Wylądowaliśmy na stacji benzynowej w gołym stepie. Nasz kierowca udał się stopem na poszukiwanie części zamiennych a my zalegliśmy w przydrożnym rowie. Na szczęście wokół było sporo opuncji, które nie dały umrzeć z głodu.  Nie będę się rozpisywał o dalszych przygodach w podróży, ale jechaliśmy długo przez Madryt, Bordeaux, dolinę Loary, Paryż. Może dodam, że w Paryżu widzieliśmy pierwszy raz w życiu Mac Donalda i udało nam się zebrać tyle franków żeby kupić jednego hamburgera. Ponieważ stać nas było na jednego na dwanaście osób, losowaliśmy kto go zje i opowie jak smakuje. Gdy przyjechaliśmy do Warszawy, rozpoczęły się obrady okrągłego stołu i czuło się zapowiedź zmian. Zmiany na szczęcie nastąpiły i teraz mogę pisać o tej wyprawie z rozbawieniem, ale nie chciałbym żyć znowu w czasach zamkniętych granic, wszechwładzy pograniczników i celników, licząc kasę którą mogę wymienić na twardą walutę.

Uwaga. Zdjęcia z tej podróży wykonywane były aparatem Zenit na orwowskiej kliszy w formie przeźroczy. Dziś niewiele da się z nich wydobyć, jeszcze sepia pozwala coś na nich zobaczyć.