Rejs Baleary – Sardynia, grudzień 1991 – styczeń 1992:

Warszawska Nike – jacht flagowy Harcerskiego Ośrodka Wodnego został zgłoszony do regat COLUMBUS, które miały się odbyć w roku 1992 (o jachcie znajdziesz więcej informacji w rozdziale „Zatoka Gdańska  1978-1989). W związku z powyższym, jacht powinien być wcześniej przeprowadzony z Gdyni na Morze Śródziemne. Przeprowadzenie jachtu zaplanowano na przełom lat 91-92, etapowo. Nam, czyli Wandzie zaoferowano termin miesięczny na przełomie roku z zaokrętowaniem w Genui. Była to świetna okazja, żeby ponurkować w  Morzu Śródziemnym. Wiadomość zelektryfikowała członków klubu i natychmiast zgłosiło się kilkadziesiąt osób chętnych (miejsc było 8). Tłum był taki, że urządziliśmy  losowanie miejsc w kolejce. W miarę zbliżania się terminu wypłynięcia chętnych ubywało. Na koniec trzeba było szukać chętnych do wyjazdu, a i tak nie udało nam się skompletować pełnej załogi.

Nie był to jednak jedyny pech który prześladował wyprawę. Problemem było załatwienie transportu. Co znaleźliśmy przewoźnika, to okazywało się ze jednak nie może jechać. W dniu wyjazdu, w piątek 13 grudnia 91r. umówiony samochód zjawił się HOW-ie, ale nie pojechaliśmy, ponieważ panowie kierowcy pokłócili się ze swoim szefem i powiedzieli, że nie jadą. Zostaliśmy bez transportu. Znowu zaczęło się szukanie, daliśmy nawet ogłoszenie w radiu „S”. W końcu udało się znaleźć przewoźnika za jedyne siedemnaście milionów złotych i wyruszyliśmy następnego dnia. Finalizacja umowy z panem kierowcą, to temat na osobną opowieść.

Był też problem z miejscem zaokrętowania. Na początku mieliśmy wypłynąć z Genui, potem z Marsylii, a tydzień przed terminem wyjazdu przyszła wiadomość, że jacht dotarł do Vinaros w Hiszpanii i nie zamierza się stamtąd ruszać. Niby nic ale do Hiszpani trzeba było mieć wizy, na które czeka się trzy tygodnie i kosztują po 240 tyś zł. Tutaj pomógł polski MSZ, który wystawił nam potrzebna notę i konsul Hiszpanii, który w ostatniej chwili podpisał dokumenty, na parę godzin przed planowanym wyjazdem.

Do Hiszpanii dotarliśmy bez większych przeszkód 16 grudnia. Trasa naszego rejsu biegła od Vinaros przez Palma de Maiorca, Porto Colon, gdzie spędziliśmy święta i dalej do Sardynii, gdzie dotarliśmy w sylwestra. Najlepsze nurkowania odbyliśmy w rejonie Cagliari i Villasimus. Dziewiątego stycznia dopłynęliśmy do Fiumicino, gdzie miała nas zmienić kolejna załoga. Nurkowania odbywaliśmy z małego pontonu który wraz z silnikiem kupiliśmy specjalnie na naszą wyprawę. Wysokie burty Warszawskiej Nike stanowiły spory problem, jeśli chodzi o wyjście po nurkowaniu. Ponton bardzo pomagał, pływaliśmy też nim na nurkowania w mniej dostępne dla jachtu rejony. Zdarzało się, że mieliśmy asystę Karabinierów albo helikoptera wojskowego, bo miejsce gdzie nurkowaliśmy było „zoną militare”. Ogólnie nurkowania były super, duży na to wpływ miała przejrzystość wody, która w rejonie południowej Sardynii uważana jest za najlepszą na Morzu Śródziemnym.

Mieliśmy jeden incydent nurkowy. Student sperforował sobie błonę bębenkową  lecz został opatrzony przez włoską służbę medyczną i dalej nurkował, puszczając uchem bąble powietrza. I na tym można by zakończyć opis wyprawy, gdyby nie jeden drobny szczegół. Jedenastego stycznia, w dniu wymiany załóg nikt po nas nie przyjechał. Dowiedzieliśmy się, że nie tylko nikt jedenastego nas nie odbierze, ale nie wiadomo, czy w ogóle możemy liczyć na jakikolwiek transport. Zaczęliśmy kombinować, jak bez kasy dostać się do Polski. Pierwszym udało się wyjechać szesnastego stycznia. Następnie, przez kolejne dni i tygodnie indywidualnie – stopem, koleją, autobusem – do kraju wrócili wszyscy.