Historia transportu klubowego
Jednym z problemów, z jakim zetknęliśmy się już na początku działalności, był transport. Wiecznie musieliśmy się przemieszczać: żeby nurkować, ćwiczyć na basenach, uczestniczyć w szkoleniach – i przy tym wszystkim ciągnąć ze sobą sprzęt do nurkowania w coraz większych ilościach.
Już przy pierwszej akcji nurkowej na gliniankach szczęśliwickich stanęliśmy przed pytaniem: jak z naszego magazynu, który znajdował się wówczas przy ulicy Wawelskiej, przewieźć ponton i butle do nurkowania na miejsce akcji. W tamtych czasach nikt z nas nie był posiadaczem samochodu. Samochód był dobrem luksusowym, poza naszym zasięgiem. Wówczas pożyczyliśmy wózek do rozwożenia mleka i sprzęt przeciągnęliśmy na piechotę.
Z czasem problem narastał. Butle do nurkowania przechowywane były w magazynie przy Wawelskiej, a zajęcia z aparatami odbywały się na krytym basenie Legii. W tym przypadku dojazd był prosty: autobus 188, sześć przystanków i byliśmy na miejscu. Jakoś sześć osób z zestawami P‑21 na plecach, w dodatku ociekających wodą, nie robiło na współpasażerach wrażenia, mimo że zawsze w drodze na Legię był tłok. Raz co prawda zdarzyło się, że jakiś podchmielony pasażer odkręcił zawory – autobus się zatrzymał i kierowca wyprosił nas z pojazdu, ale to szczegół.
Znacznie bardziej mozolne było transportowanie butli do nabijania powietrzem. Miejsca do ładowania mieliśmy trzy. Na Politechnice, w gmachu technologii chemicznej – tu było blisko, ale sprężarka była wiekowa i ładowanie trwało wieczność. W Szkole Pożarnictwa i na AWF‑ie, w zaprzyjaźnionym klubie „Cipiur”, były sprężarki Gera – ładowanie szło szybko, ale dojazd oznaczał jazdę tramwajem przez całe miasto.
W podobny sposób jeździliśmy na nurkowania: wszystko w podręcznym bagażu, pociągiem albo PKS‑em. Miejscem częstych wypadów był ośrodek ZHP Perkoz nad jeziorem Pluszne – z racji oczywistych. Do Olsztynka dojeżdżaliśmy pociągiem, a potem łapaliśmy okazje, ale parę razy zdarzyło się, że szliśmy prawie osiem kilometrów na piechotę.
Szczytem był wyjazd na nurkowanie podlodowe, kiedy z powodu zamieci śnieżnej droga do Perkoza była nieprzejezdna, a my – obładowani sprzętem, targając ze sobą małą sprężarkę AK‑150 – przedzieraliśmy się nocą przez zaspy.
Pierwszym powiewem zmian w temacie transportu klubowego było przyjście do klubu Zbyszka Kuśnieża, który był posiadaczem samochodu marki Warszawa. Nasze wyjazdy nabrały zupełnie nowej jakości. Dziadkowa Warszawa dzielnie obsługiwała potrzeby klubu, lecz była dość wiekowa i częstym widokiem był Zbyszek leżący pod samochodem.
Chcieliśmy mieć własny klubowy samochód – myśleliśmy o Żuku albo Nysie. Z Nysą mieliśmy pewne doświadczenie, bo taki samochód był w dyspozycji HOW‑u i wiedzieliśmy, że się nadaje. Z HOW‑owskiego samochodu rzadko korzystaliśmy, bo palił tak nieprawdopodobne ilości oleju, że jazda nim wymagała ciągłego dolewania w czasie jazdy (nie trzeba było się zatrzymywać, bo osłona silnika była dostępna od szoferki).
W roku 1981 nadarzyła się okazja. Mama jednego z naszych klubowiczów wynalazła w oddziale transportu PKP Żuka A06 przeznaczonego do kasacji, ale jeszcze na chodzie. Długo się nie zastanawialiśmy, szczególnie że dostawaliśmy go za darmo. W marcu sprowadziliśmy go do HOW‑u, gdzie w dawnym ośrodku „Maristo” dostaliśmy garaż i przystąpiliśmy do remontu.
Tempo prac było imponujące – przyświecała nam idea, że może uda się go wyremontować przed lipcem i zawieźć sprzęt na planowany obóz do Bułgarii. Nie zdążyliśmy. Do Bułgarii ze sprzętem pojechaliśmy pociągiem, a samochód zaczął funkcjonować jesienią. Ilość pracy włożona w remont była imponująca – wszystko wykonaliśmy sami. Samochód był odrdzewiony, połatany żywicą w sposób perfekcyjny, pomalowany na piękny różowy kolor, miał przerobioną skrzynię biegów (oryginał miał drążek przy kierownicy) i nowy gaźnik. Kolor wynikał z tego, że jedyną dostępną farbą była różowa farba antyporostowa do kadłubów barek.
Żuk przeszedł swój pierwszy chrzest bojowy, wioząc sprzęt na obóz do Węgorzewa w 1982 roku. Obóz zaczynaliśmy 22 lipca, sprzęt wyjechał dzień wcześniej i dojechał w okolice Ostrowi Mazowieckiej. Tam „zagotował się” akumulator, więc kierowcy wyłączyli rygiel prądu – zrobił się błysk i dym, a Żuk stanął. Następnego dnia było święto i żaden warsztat w okolicy nie był czynny. Po dwóch dniach udało się uruchomić samochód i sprzęt na obóz dojechał. Był to pierwszy i jedyny obóz, podczas którego uczestnicy przez dwa dni nocowali w śpiworach na pomoście, a zajęcia odbywały się wyłącznie w ABC.
Żuk w trasie psuł się rzadko, ale za to konkretnie. Raz, wracając z wyjazdu nurkowego na Śniardwach, koło Kolna, dźwignia zaworów cylindra rozpadła się i na trzech cylindrach nie udało się ruszyć. Do Warszawy wróciliśmy holowani przez Bogusia Ładą, która nie miała haka, więc lina holownicza przechodziła przez otwarte tylne okna z dwóch stron. To była piękna jazda – Żuk był załadowany prawie po dach: sprężarka, butle, namioty i jeszcze czwórka osób. A Łada z trudem wspinała się na podjazdy pagórków pod Pułtuskiem i Serockiem.
Innym razem druh Wojtek, również wyładowanym po brzegi Żukiem, jadąc na wyjazd nurkowy na jezioro Babienta w okolicach Szczytna, wjechał do rowu. Cała buda przekosiła się pod kątem trzydziestu stopni – jakimś cudem żadna szyba nie pękła, natomiast urwały się przewody hamulcowe. Wyjazdu nie przerwaliśmy: w POM‑ie kupiliśmy przewody hamulcowe do Syrenki, które prawie pasowały do Żuka, a karoserię od środka, za pomocą lin, naciągnęliśmy do stanu zadowalającego.
Żuk miał też swoje humory – na przykład bez przyczyny nie pozwalał się uruchomić ani z kluczyka, ani „z pychu”. Co ciekawe, nigdy nie zdarzało się to Prezesowi, więc gdy pojawiał się problem, Prezes był wzywany, wsiadał, przekręcał kluczyk i Żuk zapalał. Raz Prezes ściągany był z Warszawy do Płońska, bo akurat tam Żuk się „znarowił”.
Od 1982 roku Żuk stał się w klubie podstawowym środkiem transportu wykorzystywanym na wszystkich wyjazdach i obozach. Zwykle zapakowany po dach woził dzielnie sprzęt nurkowy i nurków na bliskie i dalekie trasy. Na spodzie jechała sprężarka i butle, wyżej namioty, potem skafandry, a na wierzchu układane były materace, na których w pozycji leżącej, pod samym sufitem, znalazło się miejsce dla trzech–czterech osób. Wszystko układane było precyzyjnie, bez wolnych przestrzeni. Kłopot pojawiał się, gdy w trasie trzeba było zmienić koło – wypakować rzeczy, żeby dostać się do zapasu, było łatwo, ale przy pakowaniu na powrót okazywało się, że już się nie mieszczą.
Żuk woził sprzęt na kolejne obozy, ale z obozu na obóz sprzętu i ludzi przybywało i znowu rodził się problem z transportem. Na obóz w Kownatkach posiłkowaliśmy się małą ciężarówką AVIA, która była w posiadaniu Darka, członka naszego klubu. Darek chętny był pomóc w transporcie sprzętu obozowego – do czasu, aż ruszył w drogę i okazało się, że Avia jest przeciążona i ledwo trzyma się drogi. Co jakiś czas zatrzymywał się, zostawiając w miejscach sobie wiadomych część sprzętu, albo zatrzymując przejeżdżające samochody prosił o podwiezienie do Warszawy jakiejś butli albo namiotu. Część tego transportu nigdy nie została odnaleziona i może jeszcze dziś tkwi gdzieś pomiędzy Nidzicą a Warszawą. Było jasne, że jednym samochodem nie obsłużymy potrzeb klubu. Zaczęliśmy się rozglądać za kolejnym Żukiem.
Około roku 1985 jeden z oddziałów WSS Społem zaoferował przekazać klubowi samochód Nysa 522 w zamian za wykonanie pracy społecznej na rzecz spółdzielni. Klub liczył już sporo członków, więc nie nastręczało problemów przekopać w czynie społecznym trawnik przy ulicy Korotyńskiego. Nysę przyjęliśmy z radością – była śliczna, co prawda wszystkie progi miała przerdzewiałe albo już ich nie miała, ale od czego jest blacha ocynkowana i nitownica.
Nysa miała też swoje zwyczaje – na przykład przy skrętach zaczynała się bujać. Jeśli już na szosie zdarzyło się kogoś wyprzedzać, to żeby wrócić na swój pas ruchu, trzeba było opanować kilkanaście bujnięć z lewej na prawą. Kierowca wyprzedzanego samochodu miał spektakl „tańcząca Nysa”. Nasz wężowy ślad mógł budzić podejrzenia.
Drugą właściwością Nysy była jej skłonność do płonięcia żywym ogniem. Zdarzyło się raz, gdy wracaliśmy z bałtyckiego rejsu nurkowego, nocą gdzieś koło Elbląga, że jasność wielka pojawiła się spod pokrywy silnika. Wzbudziło to nasze obawy, a gdy po odsunięciu pokrywy ukazał się ogień, zrobiło się straszno. Pierwsza myśl: odciąć akumulator. Nie jest to łatwe, gdy samochód wyładowany jest po dach, a akumulator jest na pace pod sprzętem. Nigdy wcześniej nikt tak szybko nie rozpakował samochodu. Ogień został opanowany – okazało się, że linka szybkościomierza ocierała o alternator, aż się przetarła i zrobiła zwarcie. Staliśmy ciemną nocą gdzieś w polu z upalonymi stykami alternatora, bez widoku na pomoc. Regenerację alternatora wykonaliśmy z pomocą nożyczek i drutu; największy problem był z odkręceniem zardzewiałych śrub i tu uratowała nas ostatnia kropla Coca‑Coli, która została na dnie wcześniej opróżnionej butelki.
Innym razem, na obozie nad jeziorem Zdrużno, Nysa zaczęła płonąć, gdy podwoziliśmy na dworzec PKP dwa zastępy harcerek z zaprzyjaźnionego obozu. Właśnie w momencie, gdy spod maski zaczęło się dymić i pojawił się płomień, drzwi wyjściowe zacięły się od środka i odcięły druhenkom drogę ewakuacji. Tylko przytomność Asa, który kierował samochodem, nie doprowadziła do tragedii.
Przed obozem w Zieleniewie postanowiliśmy przemalować oba samochody. Udało się zdobyć odpowiednie lakiery i własnym sumptem, przy pomocy pistoletów, pomalowaliśmy Nysę i Żuka w ten sam sposób – na granatowo, z dużymi błyskawicami w kolorze żółtym, w kształcie litery W. Efekt był imponujący, niestety krótkotrwały. Obóz w Zieleniewie charakteryzował się tym, że był w zupełnej dziczy, w lesie, gdzie nie prowadziła żadna droga, więc nasi kierowcy stworzyli taką drogę, przedzierając się klubowymi samochodami. Z obozu samochody wróciły tak poobijane, że trudno je było rozpoznać.
Trzeba podkreślić, że samochody były wykorzystywane na maksimum i gdy tylko zachodziła potrzeba przewiezienia sprzętu, gotowe były do akcji. Ale raz chcieliśmy zaoszczędzić. Po długim okresie oczekiwania i słania żebraczych pism do Marynarki Wojennej dostaliśmy informację, że MW jest gotowa przekazać harcerzom dwa zestawy Mors. Odbiór na Oksywiu. Dwa zestawy to może przywieźć dwóch ludzi pociągiem – nie potrzeba wysyłać klubowego samochodu. Dwóch ludzi pojechało, a na miejscu okazało się, że nie dwa zestawy butlowe możemy zabrać, ale tyle, ile chcemy, co sprowadzało się do tego, ile jesteśmy w stanie udźwignąć. Te dwie osoby wyszły z Oksywia z czternastoma zestawami. Udało im się dotrzeć na dworzec główny w Gdyni i – co było największym wyczynem – udało im się przekonać kierownika pociągu, że musi zabrać te czternaście zestawów do Warszawy. Na Centralnym na szczęście już czekała ekipa z klubowym samochodem.
Czas płynął, klub się rozwijał, obozy były coraz większe, a nasze blaszanki coraz słabiej nadawały się do obsługi wyjazdów. Weszliśmy do Unii, ludziom zaczęło się lepiej powodzić, obrośli w samochody i inne dobra, więc woleli na wyjazdy nurkowe jeździć własnym środkiem lokomocji. Posiadanie przez klub samochodów prawie zabytkowych stało się anachronizmem. Mimo że były wierne i prawie niezawodne, jeździły i nie zrobiły nikomu krzywdy, choć nigdy nie przeszły badań technicznych i nie miały opłaconego ubezpieczenia, odeszły do swojej Doliny Rdzawego Szeptu.
Po obozach z oddziałem antyterrorystycznym, gdzie nasz sprzęt woziły dwa Stary 266 i Ortolan, zaczęliśmy wynajmować na przewóz sprzętu samochody ciężarowe. Przez dobrych kilka lat wszystko mieściło się na jednego Stara 200, który nie miał budy, za to robiliśmy mu z desek specjalną konstrukcję, która pozwalała wypiętrzyć ładunek do wysokości czterech metrów. W ostatnich latach obozów w Giewartowie wynajmowaliśmy już większe samochody. Było z nimi zawsze trochę emocji, bo nigdy nie było wiadomo, czy taka wielka ciężarówka nie zapadnie się na naszym placu obozowym.
Problem transportu w ostatnich latach rozwiązywaliśmy przez zostawianie na miejscu części sprzętu obozowego oraz przywożenie na obóz całego, zapakowanego w Warszawie kontenera morskiego i ustawianie go dźwigiem w docelowym miejscu obok placu obozowego.