Piaseczno, 14 października 2024:

14 września wybraliśmy się na weekendowy wypad nad jezioro Piaseczno, położone w rejonie Pojezierza Łęczyńsko-Włodawskiego, które jest bardzo urokliwą, choć dość niedocenioną krainą na mapie Polski. Z nurkowego punktu widzenia to jednak niebagatelna zaleta, gdyż nie ma konieczności konkurowania o przestrzeń z plażowiczami, wędkarzami czy żeglarzami i motorowodniakami.
Zorganizowaliśmy bardzo kameralny, „czwórkowy” zespół w postaci: Marty i Kasi, dla których wyjazd miał charakter szkoleniowy oraz Natalii i Piotrka, którzy wspierali kursantki na duchu, a przy okazji oddawali się urokom nurkowej rekreacji. Z Warszawy wyjechaliśmy bladym świtem, im bliżej Lublina, tym pogoda była coraz gorsza. Miejscowość Kaniwola, w której kwaterowaliśmy, przywitała nas ulewnym deszczem oraz odgłosami burzowych grzmotów. Konsultacja z Tomkiem z bazy Tryton sprawiła, że nasze wejście pod wodę nieco się opóźniło. Zbyt mocno baliśmy się burzy, która na szczęście szybko ustąpiła.
W jezioro zanurzyliśmy się z południowo-wschodniego krańca, po łagodnie opadającym, piaszczystym dnie. Pierwsza rzecz to wizura – jak to zwykle bywa, nie była porywająca, aczkolwiek 2,5 – 3 metra stanowiło pozytywne zaskoczenie, bo spodziewaliśmy się dużo gorszych warunków. Brzeg w tym miejscu pokryty jest pasem roślinności, który kończy się mniej więcej na głębokości czterech metrów. Płytkie pływanie wzdłuż ściany moczarki było jednym z najbardziej przyjemnych doznań podczas eksplorowania jeziora ze względu na bogactwo jego fauny oraz ciepłą wodę. W oczy rzucała się przede wszystkim mnogość sumików karłowatych, zwanych przez lokalsów „koluchami”, które wcale nas się nie bały, a z zaciekawieniem podpływały i wręcz próbowały nas zaczepiać. Oprócz tego ławice okoni, płoci czy średniej wielkości szczupaki, których było tym więcej im bliżej do zachodu słońca. Największe wrażenie zrobił na nas jednak gigantyczny karp, przyglądający się nam z dystansu. Z jednej strony szkoda, że nie udało się go zobaczyć z mniejszej odległości, aczkolwiek spotkanie z tak dużą rybą „twarzą w twarz” z pewnością wywołałoby podobne emocje co spotkanie z rekinem.
Dalej jezioro łagodnie opada, aż do maksymalnej głębokości 38,8m. Niestety im głębiej, tym dno robiło się coraz bardziej muliste. Dla nurków pod wodą przygotowano szereg atrakcji, które nie zaskakują swoją nieoczywistością, bo są to głównie łodzie: żaglówki typu omega, łódź, która w przeszłości była holownikiem rzecznym etc. Są to więc obiekty, które mogłyby się tam znaleźć też niejako naturalnie w odróżnieniu od np. pralki lub deski do prasowania i tym podobnych, znanych z niektórych akwenów. Dla nurków, którzy chcieliby poćwiczyć swoje umiejętności techniczne, jest kilka dużych platform ulokowanych na różnych głębokościach. Atrakcje są przejrzyście oporęczowane, a same poręczówki rozpięto tak, że są doskonale widoczne mimo mulistego podłoża. To, co nam się podobało to także czyste dno, pozbawione śmieci: puszek, butelek czy plastikowych opakowań. Mimo mnogości ryb nie zauważaliśmy śladów aktywności wędkarzy w postaci zerwanych czy porzuconych przynęt czy fragmentów żyłki.
Sobotni wieczór upłynął nam pod znakiem nauki w kontekście nowych specjalności, poszukiwaniu nieistniającej smażalni ryb oraz integracji przy przepysznej herbacie z miodem zaserwowanej przez Tomka z bazy Tryton, będącej naszym zapleczem logistycznym i szkoleniowym podczas tego wyjazdu. W niedzielę widoczność była już nieco gorsza niż poprzedniego dnia, a my nieco zmęczeni przede wszystkim zmienną i deszczową pogodą szybko wróciliśmy do domów. Przed odjazdem tradycyjnie rozpaliliśmy ognisko, aby nieco posilić się przed podróżą i jeszcze chwilę spędzić na brzegiem Piaseczna.
Oprócz rekreacji osiągaliśmy cele szkoleniowe: Marta zaliczyła swoje pierwsze 30 metrów, a do Warszawy wróciła już jako Płetwonurek Eksplorator federacji LOK CMAS, gdzie szkolenie należy także do niezwykle wymagających. Żeby tego było mało to ramię w ramię z Kasią zdobyła podstawową specjalizację nitroksową. Brawo!
Jezioro Piaseczno jest ciekawym celem nurkowych wycieczek, relatywnie blisko od Warszawy, z bardzo dobrym, autostradowym wręcz dojazdem stwarza możliwości ku organizowaniu nawet jednodniowych wypadów. Z pewnością tu wrócimy, i to na pewno nie raz.
P.S O Piasecznie, nie tylko wśród nurków, krąży legenda jakoby na jego dnie spoczywał niemiecki samolot Junkers, który został strącony przez partyzantów w czasie II wojny światowej. Nikt nie wie, jaki to model Junkersa, kiedy dokładnie został strącony i w którym miejscu jeziora, aczkolwiek wszyscy słyszeli, że tam jest. My go nie widzieliśmy, a nawet jeżeli chodzi nie o samolot, tylko o piecyk gazowy to też go nie było.