Sylwester, 1999/2000:
W roku 2000 postanowiliśmy uczcić rozpoczęcie XXI wieku w sposób szczególny, godny płetwonurków.
Plan był taki: jedziemy na Sylwestra nad Hańczę do Słowika, przed godziną dwunastą zakładamy sprzęt i zanurzamy się pod wodę na pierwszym parkingu. O północy pod wodą otwieramy butelki szampana i wznosimy toast. Wychodzimy z wody w już dwudziestym pierwszym wieku. Na Sylwestra zjawił się tłum klubowiczów, zatem ustaliliśmy, że pod wodę schodzimy parami, a każda para ma swoja butelkę szampana. Wszystko poszło zgodnie z planem, nie przeszkadzał nam nawet śnieg, który zaczął obficie sypać. Nad wodę nie dało się dojechać, więc poszliśmy ubrani w pianki z butlami na piechotę. Samo nurkowanie było magiczne i nie da się go opisać. Natomiast w drodze powrotnej z nurkowania okazało się, że dróg już nie ma. Z trudem, po pas w śniegu dotarliśmy do Słowika. Następnego dnia mieliśmy wyjeżdżać do Warszawy. Po odkopaniu samochodów, traktor przeciągał każdy samochód osobno przez Błaskowiznę. Później czekaliśmy na pługi i tak, odcinek po odcinku, posuwaliśmy się do przodu. Do Jeleniewa dotarliśmy po siedmiu godzinach. Od Suwałk do Warszawy nie było już grama śniegu.
Jako ciekawostkę można dodać, że następnego roku również pojechaliśmy na Sylwestra do Słowika i także pierwszego stycznia zaczął sypać śnieg. Większość z nas, pomna sytuacji z przed roku, zwinęła się szybko do Warszawy ale części się nie spieszyło – ci zostali w Błaskowiźnie jeszcze tydzień, bo tym razem pługi nie dotarły.